tablica informacyjna

Pan A, niegdyś słynny malarz, którego dzieła wisiały w największych muzeach i posiadłościach, dzisiaj nic nie umie stworzyć. Podłe wydarzenia przeszłości odbiły się na jego dłoniach. Delikatne, gładkie palce już nie suną pędzlem po płótnie tak, jak za dawnych czasów. Jednakże pewnego dnia przechadzając się po ulicznych alejkach, dostrzega młodego chłopczynę, który ni stąd, ni zowąd uderza prosto w duszę malarza i wywołuje ogromną falę natchnienia. Pan A pragnie, aby tajemniczy pan B pomógł odzyskać mu pasję.

sobota, 4 czerwca 2016

Malarz

•••••••••••••••••••••••
┏ - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - ┓

Z czasem nauczyłem się, że nie warto tęsknić ani pamiętać. Jednak ciebie nie potrafię zapomnieć.



     - Panie Nemo La Mettrie, istnieje jakakolwiek nadzieja, że wróci pan do formy i znowu zacznie malować? Doskonale pan wie, że to, co zdarzyło się kiedyś jest przeszłością, należy ją jedynie spławić machnięciem ręki i żyć dalej, a pan pogrąża się w gorzkich wspomnieniach - wysoka, gustownie ubrana kobieta o płomiennym, zielonym spojrzeniu dwóch kamieni szmaragdu odgarnęła rude kosmyki włosów, których barwa nie była skutkiem farby, a jedynie decyzji Matki Natury. Poprawiła opadające na czubek nosa okulary i spojrzała znad szkiełek na przystojnego, młodego, zaledwie dwudziestopięcioletniego mężczyznę o złotych, starannie ułożonych włosach i o dwukolorowych oczach. Lewe, błękitne wydawało się zrobione jakby z lodu, prawe zaś, brązowe, przypominało ogień szarpiący się z suchą trawą podczas upalnego lata. Nemo, chociaż posiadał śmieszne imię, nie był roześmianym, infantylnym dzieciakiem bez piątej klepki. Machinalna wrogość postarzała jego rysy twarzy i powodowała, że wyglądał niczym zawodowy morderca o niszczącym wzroku. 
     - Nie mam pojęcia, proszę przestać mnie męczyć, pani Samantho Crown, to irytujące - odburknął.
- Nie, to pan jest irytujący. Ja nie rozpaczałam po kryzysach w życiu prywatnym. Gdy umarł mi mąż, dumnie kroczyłam z głową uniesioną ku górze - warknęła rozgniewana kobieta, podnosząc się z wyścielanej białą tapicerką kanapy. Uderzyła pięścią w stół, przez co kubek z kawą podskoczył i rozlał się na gazetę ze zdjęciem ostatniego dzieła Nemo. 
- Proszę pamiętać, że zdążyłem już zaakceptować przeszłość. Mój talent najwidoczniej zniknął razem z nią - odpowiedział zupełnie spokojny mężczyzna. - Przepraszam, na mnie już pora - dodał po chwili i bez pośpiechu wstał z fotela. - Do widzenia - rzucił leniwie, wychodząc za ciemne, mahoniowe drzwi. Po drodze zgarnął dłonią swój cienki, wiosenny płaszcz, który i tak czy siak nie był mu potrzebny ze względu na dosyć wysoką temperaturę jak na tę porę roku, oraz garnitur, który był zmuszony ubrać na potrzeby spotkania biznesowego ze swoją menedżerką.
     Czym prędzej ruszył w stronę głównego holu, a stamtąd do drzwi wyjściowych.
     Nemo nie znosił tych służbowych pogadanek o jego walącej się karierze i braku natchnienia. Za każdym razem spławiał wszystkich psychologów sprowadzanych przez panią Samanthę Crown oraz szefów motywujących go do pracy. Miał dosyć. Zdobędzie wenę to zdobędzie, nie zdobędzie to nie zdobędzie i kij z tym. Z doświadczenia wiedział, że im bardziej pragnie się czegoś zdobyć, to ucieka coraz prędzej, więc należy usiąść i spokojnie poczekać aż samo zawróci.
     Skręcił w stronę parku. O tej porze roku było tam naprawdę przyjemne, a i ludzi trochę mniej, bo zazwyczaj większość kręciła się po głównych ulicach. Nemo unikał tłoku. Nie znosił hałasu ani tego nieprzyjemnego szturchania z każdej strony, czasem szlag trafiał i miało się ochotę po prostu wypchnąć wszystkich do rowu. Mocniej zacisnął dłoń na rączce swojej teczki, skręcając w bardziej zaludnioną część parku, jednakże po kilku metrach zawitał do spokojniejszej alejki, gdzie tylko pojedyncze osoby przewijały się wśród krzewów, drzew oraz nierównomiernie posadzonych kwiatów.
     Westchnął ciężko, podniósłszy wzrok znad czubków swoich świeżo wypastowanych pantofli, których nienawidził tak samo jak garniturów, ale wypadało ubrać się elegancko do pracy.
Gwałtownie zatrzymał się przed starą płaczącą brzozą, której włosy pełne jasnozielonych listków opadały bezwiednie tworząc półprzezroczystą kotarę otaczającą pień. Przez nią prześwitywała sylwetka, która dziwnym trafem przykuła uwagę Nemo. Mężczyzna nie wiele myśląc, odgarnął kurtynę i powoli wsunął się za nią, aby łatwiej mu było zlustrować ową tajemniczą osobę.
- Anioł... - szepnął obserwując zaskoczony śpiącego chłopca opartego o pień drzewa. Mechanicznie usiadł, krzyżując nogi i wyciągnął ze swojej teczki szkicownik oraz ołówek, bez których nie ruszał się z domu. Oczarowany zarówno scenerią, sytuacją, jak i modelem zaczął rysować to, co widział. Natchnienie przyszło samo z siebie. A było najmniej oczekiwane. 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz